środa, 3 lutego 2016

To już koniec

Jest taki moment w restauracji, który ma swoją magię. Ta chwila jest krótka. Kiedy wszystko jest już gotowe na przyjęcie gości -  ale oni jeszcze nie przybyli. Czekają na nich stoły udekorowane kwiatami. Sączy się muzyka. Obsługa zapala świece, przyciemnia górne światło. W blasku świec inaczej lśnią kieliszki i położone na białych obrusach sztućce. To migotanie jest zapowiedzią czegoś ważnego i podniosłego. To dowód na to, że w życiu ludzi, którzy zapewne są już w drodze na bankiet, wydarzyła się podniosła chwila, którą chcą w szczególny sposób uczcić.  

Przechadzam się po sali sprawdzając, czy wszystko jest przygotowane jak należy. Tu wygładzę fałdkę na obrusie, tam przesunę kieliszek troszkę w prawo... Chłonę magię chwili. 

Powoli zaczynają schodzić się goście. Przez dźwięki muzyki przebija delikatny szum rozmów. Rozchodzi się zapach kobiecych perfum i męskich wód po goleniu. Szeleszczą suknie, stukają obcasy, słychać już brzęk kieliszków i pogłos uderzania sztućców o talerze. 


To ostatnia impreza pod tym adresem, ostatni post. 

Dziękuję wszystkim, którzy zaglądali tutaj przez ponad dwa lata i towarzyszyli mi w życiu czytając i zostawiając komentarze.  


Otwórzcie drzwi. Zasiądźcie za stołem i rozgośćcie się na nowym bankiecie  - w innym lokalu pod innym adresem. Za chwilę podejdę do waszego stolika nalać wam wina. Wznieście proszę toast za moją pomyślność na nowej blogowej stronie. 

Zapraszam






czwartek, 21 stycznia 2016

Blog się przebiera

Czas na kolejną zmianę. W pracy prawie monotonnie, mieszkanie dawno urządzone, miasto i państwo jako miejsce do życia jako tako okiełznane. Za co by się tu zabrać...?

wtorek, 12 stycznia 2016

Praca. Gastronomia. Rzeczywistość a wyobrażenia

pub Bill Chawke's, Irlandia

Lubię słuchać młodych ludzi i rozmawiać z nimi o ich przyszłości, marzeniach i planach. Lubię słuchać, jak wyobrażają sobie swoje życie, gdzie się widzą za pięć, dziesięć i piętnaście lat. Zdarzało mi się słyszeć kilka razy, że ktoś widzi siebie w roli kucharza lub restauratora. Zaczynam wtedy bardziej szczegółowo podpytywać o te wyobrażenia. Chcę, żeby naszkicował siebie w tej roli. I zawsze szkoda mi tego młodego człowieka. Nie chcę burzyć jego wizji, planów i radości, nie chcę podcinać skrzydeł, więc nie mówię, że jego lub jej wyobrażenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, z którą przyjdzie im się zmierzyć.

sobota, 9 stycznia 2016

Dykteryjka 7

Mam swój wolny dzień i nie zamierzam kiwnąć w domu palcem. Należy mi się po siedmiu tygodniach harówki. Tylko filmy, książki, blogi, kawki, czekoladki i widok za oknem.


wtorek, 5 stycznia 2016

Opowieść o kalendarzu

Zdjęcie ze ściany starego kalendarza to moment, kiedy na chwilę odwracam się i patrzę w przeszłość. Przysiadam i uważnie go przeglądam.

To aż tyle tego było?!



Prawie wszystkie tygodnie zapisane cyferkami, które wyznaczają moje godziny pracy. Dużo tej pracy.
Szkolenia.
Kurs.

O! W lutym byliśmy na londyńskim koncercie Anny Marii Jopek. To prezent dla mnie z okazji Dnia Kobiet. "Chabazia nie będzie, bo będziemy w drodze" - oznajmił RR. Leciałam do Polski na urodziny córki, RR odwiedzić rodziców.
Dużo zapisków o podróżach. Czerwcowy ślub i wesele syna. Przyloty i odloty naszych przyjaciół. Nasze loty do Polski. Wakacje zapisane nazwami szpitali i operacjami córki. Wrześniowa Belgia z Agnieszką.
Ale to duże sprawy. O tym nie sposób zapomnieć.

Najbardziej rozczulają mnie zapisane drobiazgi. Nazwa nawilżających kropli do oczu, które mi je w końcu nawilżają naprawdę. Angielski rozmiar biustonosza, żebym nie musiała znów się zastanawiać przy regałach i brać do przymierzalni kilka różnych. Telefon do pana Adama-złotej rączki i adres sklepu, w którym w końcu miały być moje półki. Nazwa polskiej księgarni internetowej w Londynie. Rozdałam już ze dwa tysiące książek i znów nie mam na nie miejsca. Książek nie przestanę kupować, więc chyba pora zmienić mieszkanie na większe - konstatuję, próbując upchnąć jeszcze kilka na regale.

Przeglądając ten kalendarz właśnie odkryłam, że rzeczy dotyczące spraw angielskich zapisuję po angielsku, a polskich - po polsku. Np. "no clock in - no clock out" - w dniu, w którym urządzenie nie chciało zeskanować moich linii papilarnych i wpuścić mnie do pracy. Zaznaczyłam pewnie, żeby sprawdzić to później z godzinami pracy i wypłatą na wydruku. Urlop to holiday, ale "fryzjerka 15.00" jest po polsku. "London-City" to dzień, w którym wybraliśmy się z RR w końcu zobaczyć te miejsca, które są na wszystkich widokówkach: Tower Bridge, Bin Ben, London Eye, Westminster i pozostałe londyńskie symbole. Najbardziej ciągnie mnie jednak do Tate Modern. Zaplanowałam sobie, że spędzę w tej galerii cały dzień, ale muszę poczekać na przyjazd córki, bo tylko ona wytrzyma to ze mną. Już niedługo...

Nie pozbędę się ubiegłorocznego kalendarza. Schowam go do pudełka z pamiątkami. Przy każdym dniu jest jakiś zapisek zrobiony moją ręką. Choćby kreseczka zaznaczająca wolny dzień w pracy. Kiedyś go jeszcze przejrzę i przypomną mi się wszystkie przeżyte dni.

2015 rok. Pierwszy rok na angielskiej ziemi. Dobry rok.
Czego sobie życzę w tym roku?
Dużo siły.

piątek, 1 stycznia 2016

Niedziela czyli jedna wielka frustracja

Nie wiem, co się z ludźmi dzieje w niedzielę, ale ja nie mogę z nimi wytrzymać. W niedzielę stają się okropni, nie do zniesienia. Skarg i reklamacji w ciągu jednej zmiany jest więcej niż we wszystkie pozostałe dni razem wzięte. A przecież kucharze nie zaczęli raptem w ten jeden dzień gorzej przyrządzać dań. Z trudem się opanowuję. Mówię sobie w duchu: "Tylko nie wyskocz z jakimś głupim tekstem, tylko nie daj się sprowokować. Zaciśnij zęby i wytrzymaj. Jutro już wolny dzień. Dasz radę".

wtorek, 29 grudnia 2015

Sobotnie dywagacje

piwo na metry

Sobota. Zwlekam się z łóżka konstatując, co mnie boli. Raczej krócej będzie trwało wymienianie, co mnie nie boli. Za stara już jestem do tej roboty. Za szybko się męczę, potrzebuję więcej czasu na regenerację organizmu i odpoczynek. Ale cała młoda załoga, gdy im o tym mówię w pracy - zaprzecza.

niedziela, 27 grudnia 2015

czwartek, 24 grudnia 2015

Boże Narodzenie 2015


Cieszę się, że świąteczny czas osiąga swój finał. Jeszcze tydzień i ja też odpocznę. Pójdę na swoje "Christmas party", zajmę się odpakowaniem prezentów i przeczytam kilka książek. Na razie cieszę się z radości innych przyjmując podziękowania za udane przyjęcia.

A Wam życzę z okazji Świąt dwóch rzeczy: spokoju - tego w rodzinnym domu i tego za jego progiem, w jakimkolwiek kraju żyjecie, i abyście nie byli źródłem i przyczyną cierpienia dla najbliższych Wam ludzi. 

piątek, 18 grudnia 2015

Czwartkowy armagedon

Nie lubię czwartków w pracy. Długo zastanawiałam się dlaczego i do końca nie umiem sobie na to pytanie odpowiedzieć. Po wakacjach odszedł po dwóch latach Michał, który pracował zawsze w czwartkowe wieczory. Nie lubił sprzątać stolików, więc to ja więcej sprzątałam, a on roznosił talerze. Pomagałam mu tylko w najbardziej obłożonych klientami momentach. Kiedy odszedł również Bengalczyk, który brał na siebie co cięższe czynności, zostałam jako najstarsza stażem i doświadczeniem pracownica na sali i na mnie spadł obowiązek noszenia pagera i reagowania na każde wezwanie do kuchni.

Bruksela